Przy bliższym spojrzeniu okazuje się, że dają im tarczę, która pęka przy pierwszym uderzeniu.
Trwają konsultacje projektu zmian w Ordynacji podatkowej (nr UC138), który przebudowuje zasady odpowiedzialności osób zarządzających spółkami za długi publicznoprawne. Autorzy reklamują go jako krok w stronę silniejszej pozycji procesowej zarządów. W praktyce ochrona ta bywa jednak pozorna.
Na czym polega obiecana zmiana?
Projekt pozwala zarządzającemu podważać ustalenia z ostatecznej decyzji podatkowej wydanej wobec spółki. Jeśli wykaże on, że zaległości nie ma albo że jest ona niższa, w postępowaniu o jego odpowiedzialności przyjmuje się te nowe ustalenia. To odpowiedź na orzecznictwo TSUE i sam kierunek zasługuje na aprobatę.
Gdzie kryje się haczyk?
Prawo do obrony wyłączono w kluczowych sytuacjach, między innymi przy klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, nadużyciu prawa w VAT czy tak zwanych pustych fakturach. Zarządzający może się bronić tylko wtedy, gdy udowodni, że nie wiedział i nie mógł wiedzieć o spornych okolicznościach.
Problem w tym, że skoro projektodawcy sami twierdzą, iż menedżer powinien wiedzieć o wszystkim, co dzieje się w spółce, wykazanie niewiedzy staje się niemal niewykonalne. Co więcej, powołując się na brak wiedzy, zarządzający pośrednio przyznaje brak należytej staranności i pogarsza własną sytuację.
Obrona bez dostępu do akt
Największym mankamentem jest to, że wgląd w akta spółki zależy od zgody samej spółki i od oceny organu, z którym menedżer akurat toczy spór. Spółka może odmówić bez uzasadnienia, a organ nie ma obowiązku tej odmowy weryfikować. Postanowienie o odmowie da się zaskarżyć dopiero w odwołaniu od decyzji, czyli po fakcie.
Jeden krok naprzód, trzy w tył
Efekt jest taki, że uprawnienie wywalczone przed TSUE zamienia się w opcję, z której trudno realnie skorzystać. Projekt rozszerza odpowiedzialność majątkową zarządów, a w zamian oferuje ochronę głównie na papierze.

